Walka z nadwagą

Wywiad z Antoniną

Antonina, 24-letnia studentka, na jedzenie kompulsywne choruje kilka lat. Współprowadząca stronę www.jedzenie-kompulsywne.pl

j-k:
Lubisz rozmawiać o swoim problemie?
A:
Zależy. Naprawdę nie umiem jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Na pewno jest mi łatwiej odkąd zdałam sobie sprawę, że to nie tylko mój problem, ale „nasz” – bo takich jak ja jest naprawdę wielu. Poza tym nie wiem czy jest tu co lubić. Po prostu są osoby przy których nie wstydzę się o tym mówić, ale są też takie które sprawiają, że jestem na tyle zamknięta w sobie, że nie przyznaje się do problemu z jedzeniem.
j-k:
Rozumiem. Cieszę się zatem, że zgodziłaś się porozmawiać z nami
A:
Uważam że taka strona jest naprawdę potrzebna. Myślę, że gdybym kilka lat temu dowiedziała się co mi tak naprawdę jest nie musiałabym cierpieć i użerać się z samą sobą przez tyle czasu. To zaburzenie nadal nie jest tak szeroko komentowane jak anoreksja czy bulimia, ale na pewno znacznie szerzej niż wtedy kiedy zaczęło dopadać mnie dotyczyć. No i sam dostęp do Internetu nie był tak łatwy jak dziś..
j-k:
Dobrze, zatem zacznijmy od początku – pamiętasz kiedy to się zaczęło?
A:
Kolejne trochę trudne dla mnie pytanie. Z jednej strony pamiętam kiedy zauważyłam to jak bardzo zmieniło się moje ciało, z drugiej – momentami naprawdę nie mieści mi się w głowie, że kiedyś jedzenie mogłam traktować po prostu jak jedzenie..
j-k:
Możesz nam opowiedzieć o zmianie twojego ciała?
A:
Nigdy nie byłam szczupła. Po prostu byłam normalna. No może w przedszkolu i podstawówce byłam pączuszkowata, ale później to się zmieniło. Problem i duże zmiany zaczęły się w liceum. Powiedzmy, że w moim życiu ponakładało się parę mało przyjemnych sytuacji. Poza tym nagle przestało mi na wszystkim zależeć. Zmieniłam się bardzo. Od podstawówki do ostatniej klasy gimnazjum byłam jedną z lepszych uczennic w klasie. Miałam wiele planów co do swojej przyszłości. W LO wszystko legło w gruzach. Przestalam chodzić do szkoły. Unikałam ludzi. I jeśli pozwalałam sobie na myślenie o przyszłości – widziałam ją tylko w ciemnych barwach. To jak bardzo przytyłam dotarło do mnie dokładnie w dniu kiedy szłam odebrać świadectwo ukończenia LO. Nagle okazało się, że wszystkie tzw. galowe ciuchy są na mnie zwyczajnie za małe. Nie miałam w czymś iść. Ostatecznie poszłam w jakiejś starej, ponaciąganej koszulce, na którą narzuciłam pożyczoną od mojej mamy białą bluzkę. Spódnicę zapięłam na wdechu. Oczywiście czułam się fatalnie. .. I jak dziś pamiętam, że jak tylko wróciłam do mieszkania i okazało się, że poza mną nikogo w nim nie ma – ruszyłam do lodówki i zaczęłam pochłaniać co tylko wpadło mi w ręce. ..
j-k:
Czy to właśnie wtedy dotarło do ciebie, że jedzenie stanowi problem?
A:
Hm.. nie. Wówczas nie myślałam o nim jak o problemie. Raczej jak o ratunku.
j-k:
Ratunku przed czym?
A:
Wtedy tego nie wiedziałam. Nie analizowałam jakoś specjalnie. Po prostu czułam ulgę i odprężenie kiedy mój żołądek napełniał się do granic możliwości. To co czułam chwilę potem to już inna sprawa..
j-k:
Czyli jedzenie było deską ratunkową?
A:
Hehe.. taa deską. Biorąc pod uwagę to jakie ilości zdarzało mi się pochłaniać, powinniśmy mówić nie o desce tylko o pontonie albo łodzi ratunkowej.
j-k:
A czy wraz ze zmianą ciała zmieniał się również twój stosunek do samej siebie?
A:
Oczywiście, że tak. Odwrotnie proporcjonalnie. Ciało się zwiększało a poczucie własnej wartości, szacunek i sympatia do samej siebie leciały na łeb, na szyję.
j-k:
Czy ataki były częste w Twoim przypadku?
A:
Z biegiem czasu było coraz gorzej. Nagle wszystko zaczęło mnie przerastać. Tak bardzo straciłam wiarę w siebie, że zaczęłam unikać ludzi. Nie tylko z powodu wyglądu. Moja nieśmiałość – bo nieśmiała byłam od zawsze – nawet wtedy kiedy ciało nie było ogromne – zwiększyła się niesamowicie. Nieustannie czułam wewnętrzne napięcie, stres i przygnębienie. A obżerałam się kiedy tylko miałam ku temu okazję – czyli kiedy nikogo nie było w domu.
j-k:
Chcesz powiedzieć, że jadłaś w ukryciu?
A:
W ukryciu się obżerałam. Jadłam z rodziną przy stole. Co prawda coraz większe porcje, ale nie było to takie obżarstwo na jakie było mnie stać. Na początku po ataku zdarzało mi się prowokować wymioty. Jednak nie zawsze mi się to udawało. Poza tym bałam się, że to mnie zdradzi…
j-k:
A czy w twojej jedzenie odgrywało jakąś specjalną rolę?
A:
A tak, wiem co masz na myśli.. Wydaje mi się, że było w normie.. To znaczy w każdej innej rodzinie jaką znam jest podobnie – wszelkie uroczystości, zjazdy rodzinne wiążą się z jedzeniem. Przyjeżdża rodzina z Niemiec w odwiedziny? Musimy ich zaprosić na grilla! Itp. Wydaje mi się, że to nie odbiega od normy. No może za wyjątkiem niedzielnego obiadu.. Wychowałam się na Śląsku, który w końcu słynie z pysznego tradycyjnego obiadu. I faktycznie – w każdą niedzielę muszą być 2 dania. Jednym jest zawsze rosół.
j-k:
Skoro już jesteśmy przy temacie rodziny – jaki masz kontakt z nią?
A:
Z ojcem coraz lepszy. Kilka lat temu miałam poczucie, że jest tylko biologicznie. Nie rozmawiałam z nim za dużo. Teraz jest inaczej jednak tematy które poruszam z nim na pewno nie są życiowe. Ot po prostu dyskusje na tematy codzienne. Co do mamy – w związku z tym, że mój tata był zawsze trochę obok mama starała się to nadrobić i być podwójnie…
j-k:
co masz na myśli?
A:
Przede wszystkim muszę powiedzieć, że poruszamy chyba najcięższy dla mnie temat. Nie lubię poruszać problemu mojej mamy, bo mam wyrzuty sumienia. Ktoś mógłby pomyśleć, że obwiniam ją o połowę zła jakie mnie spotkało w życiu. Tak naprawdę nie jest. Bardzo ją kocham i wiem, że ona mnie też. Po prostu bywają chwile kiedy mamy spore problemy z wyrażaniem tej miłości..
j-k:
Nie dogadujecie się?
A:
Często nie. Ale problemem jest według mnie coś innego. W mojej rodzinie kobiety są silne. Nawet bardzo. Dominują, są głową rodziny. Potrafią walczyć o swoje. Dorastałam w otoczeniu Wielkich Matek. I szybko zaczęłam czuć się gorsza. Chodzi o to, że dorosłość rozumiałam jako siłę, którą one reprezentują. A w porównaniu do nich zawsze byłam słaba. One to widziały i długo mi na to pozwalały. Nie umiałam walczyć o swoje, ale miałam mamę, babcię, ciocię, itd. które umiały to zrobić za mnie. Widząc tą dużą różnicę w naszej sile zaczęłam się martwić o swoją przyszłość. Zaczęłam też porównywać się z innymi. Przestalam istnieć poza tłem innych osób. Problemem było to, że na tym tle właśnie zawsze wypadałam bardzo blado. I chyba w miarę jak bardziej ogarniało mnie takie poczucie własnej beznadziejności tym bardziej uciekałam w jedzenie. W końcu dotarłam do momentu kiedy przestałam dowierzać, że kiedyś jadłam tylko wtedy kiedy byłam głodna. Że kiedyś czułam się na tyle bezpiecznie, że nie musiałam zaspakajać jedzeniem pragnienia bycia kimś innym, lepszym. Wyczuliłam się niezwykle na krytykę. W zasadzie nawet sporadyczne komplementy zaczęły być dla mnie niczym innym jak „ironiczną krytyką”. I zauważyłam jak bardzo mama mi nie ułatwia życia. Ale ona robiła to całkiem nieświadomie. Bez premedytacji. Po prostu chciałam mieć w niej wsparcie, jednak nie umiałam o nie poprosić wprost. Byłam słaba i wstydziłam się tej słabości. Nie umiałam wyrazić nawet tego wstydu. Bo to było moim głównym problemem. Wyrażanie siebie. Swoich potrzeb, emocji. Wszystko w sobie tłumiłam. A było tego bardzo dużo. Jedzenie dawało mi poczucie, że się rozładowuję, wykrzykuje to wszystko. Później się przekonałam, że kiedy zaczniesz krzyczeć w taki sposób – który jest niewłaściwy – bardzo trudno zamilknąć…
j-k:
A kiedy dotarło do Ciebie, że to właśnie jedzenie kompulsywne?
A:
O ile dobrze pamiętam natrafiłam na krótką wzmiankę na ten temat w jakimś kobiecym czasopiśmie. Co ciekawe – dzięki mojej mamie, która miała w zwyczaju podsuwanie mi artykułów o dzielnych kobietach, którym udało się zrzucić wiele kilogramów, o tym jakie to wbrew pozorom łatwe i że chcieć to znaczy móc. To mi nie pomagało. Wręcz dobijało – bo skoro inni potrafią a ja nie to naprawdę muszę być jakaś gorsza, wybrakowana. Koło się zamykało. Było mi źle, więc pocieszałam się jedzeniem. Jednak artykuł o którym właśnie wspomniałam nie był jakimś wielkim oświeceniem. Wówczas było to dla mnie trochę ładniejszym i bardziej specjalistycznym określeniem znanego mi już wcześniej zjawiska „zajadanie stresów”. Kilkanaście kilogramów później – kiedy mama zaczęła mnie coraz bardziej naciskać żebym schudła, a ja kończyłam kolejną nieudaną próbę walki z tuszą, na jakimś forum znalazłam wypowiedź kobiety, która wkleiła link do angielskiego artykułu o jedzeniu kompulsywnym. Idąc tym tropem, udało mi się znaleźć kilka polskich artykułów w Internecie. Pamiętam tylko, że siedziałam przed komputerem i płakałam. To było jak ulga i jednocześnie rozpacz. Ulga w związku z tym, że „nie tylko ja tak mam”, więc nie jestem tak totalnie beznadziejna jak sobie myślałam. A rozpacz – że są inne osoby, który męczą się tak samo jak ja i tak samo źle siebie traktują.
j-k:
Podzieliłaś się tą informacją z najbliższymi?
A:
Tak, i traktowałam to jako wielki błąd. Moja mama po szybkim rzucie oka na jeden z artykułów stwierdziła, że szukam sobie na siłę wymówek, podczas gdy schudnięcie wcale nie jest takie trudne, wystarczy tylko troszkę silnej woli. Pamiętam, że wtedy poczułam się okropnie. Tym bardziej, że moja mama do szczupłych nie należała i dalej nie należy. Poczułam na nią wielką złość. I jeszcze bardziej się przed nią zamknęłam..
j-k:
czyli na dobrą sprawę ta – nazwijmy to – diagnoza – tylko pogorszyła twój stan?
A:
Początkowo tak – ale z biegiem czasu zaczęła mi pomagać. Świadomość, że w tych męczarniach nie jestem odosobniona i takie zwyczaje żywieniowe, które zdarza mi się kultywować w całej swojej nienormalności nie są aż tak nienormalne jak zawsze myślałam. Że nie jestem jedyną osobą, która obsesyjnie myśli o jedzeniu i traktuje je jak swój narkotyk.
j-k:
A czy to wpłynęło na zmniejszenie częstotliwości ataków?
A:
Wydaje mi się, że tak. To był okres kiedy ataki miałam tylko wtedy kiedy odczuwałam stres. Co prawda miało to miejsce nadal baaaardzo często, jednak mniejszą ilość ataków udało mi się odnotować. Chyba zyskałam umiejętność ich przezwyciężenia. Jednak nie zawsze to było możliwe. Najgorzej było kiedy wiedziałam, że przede mną jakieś ważne wydarzenie. Albo egzamin, zaliczenie. Nauka to był koszmar. Nie umiałam się naprawdę na niczym skupić bo cały czas myślałam o jedzeniu. Później były czarne wizje jak to oblewam mój egzamin i jeszcze przy okazji robię z siebie kretynkę jakąś wypowiedzią. No i te wizje znów mnie nakręcały..
j-k:
To kiedy zauważyłaś poprawę?
A:
Kiedy dotarło do mnie skąd tak naprawdę bierze się ta zniewalająca potrzeba zajadania. Kiedy zrozumiałam na czym tak naprawdę polega mój problem. Bo hasło ‘zajadanie stresów’ nawet jeśli szerzej opisane było tylko kierunkowskazem. Jednym z wielku
j-k:
To jakie były kolejne?
A:
Uczęszczałam na terapię poznawczo-behawioralną
j-k:
Długo?
A:
Długo to się przed tym wzbraniałam. Na początku moich problemów w liceum, na które złożyła się zastraszająco niska frekwencja i bardzo złe oceny, moja wychowawczyni skierowała mnie do poradni psychologicznej. Miałam pecha, bo niestety trafiłam na średniej klasy specjalistkę.. Chociaż duża część winy leżała też po mojej stronie – bo zamiast współpracować to utrudniałam terapię. Nie była to też stricte terapia poznawczo-behawioralna. Nie chcę się wdawać w szczegóły, ale te spotkania zamiast mi pomóc, tylko mnie bardziej dobijały i nastawiały przeciwko całemu światu.
j-k:
w takim razie musiałaś być w naprawdę złej kondycji skoro po takim doświadczeniu zdecydowałaś się na porządna terapię?
A:
Tak, łatwo nie było. Jednak to co przeważyło w mojej decyzji to fakt, że mama w końcu zauważyła, że naprawdę mam problem. Zaczęło to do niej docierać. Ona sama zaproponowała mi szukanie specjalisty. To była miła odmiana. Nagle okazało się, że mogę mieć w niej wsparcie – przynajmniej chwilowe.
j-k:
i interwencja mamy wystarczyła żebyś poszła na terapię?
A:
jak już mówiłam poza ową interwencją, wpłynął na to również mój naprawdę zły stan. Bałam się bardzo. Nie byłam w stanie sama zadzwonić i umówić się na pierwsze spotkanie. Oczywiście nikogo też nie poprosiłabym o to aby zadzwonił w moim imieniu. Zrobiła to za mnie mama. W zasadzie można powiedzieć , że prawie siłą zaciągnęła mnie do gabinetu. Doskonale pamiętam pierwsze spotkanie z moją terapeutką. Nawet jakieś mało istotne szczegóły. Było bardzo ciężko.
j-k:
czego się najbardziej bałaś?
A:
Mówienia o sobie. Otwarcia się. Po prostu wstydziłam się tego bardzo. Z drugiej strony okazało się, że znacznie łatwiej jest uzewnętrznić się przed osobą, która jest dla mnie obca, niż przed kimś bliskim. Jednak obawy wiązały się też z poczuciem, że to zwykła strata czasu. Gdzieś bardzo głęboko miałam nadzieję, że wreszcie mój stan zacznie się poprawiać, ale wówczas wszystko wydawało mi się bezsensowne. I jeszcze.. nie bardzo wiem jak to powiedzieć.. Czytałam wcześniej trochę na temat mojego problemu. I nie tylko tego. Jakieś teksty psychologiczne były mi znane. Generalnie wszystkie dla mnie miały jedno przesłanie, coś w stylu: pokochaj siebie a wszystko zacznie być łatwiejsze. Uwierz w siebie a życie zacznie być przyjemne. I tym podobne. Takie oczywiste frazesy. Które mnie śmieszyły. Banały, które miały mnie niby wyzwolić. Wkurzało mnie, że w tych tekstach to wszystko było takie łatwe, a mnie wydawało się niewykonalne. Bałam się, że moja terapeutka zacznie do mnie mówić w taki sposób.
j-k:
I robiła tak?
A:
Na szczęście nie. Największym zaskoczeniem jest dla mnie to, że kiedy już zakończyłam swoja terapię – sama zaczęłam mówić w ten sposób.
j-k:
No właśnie – zapomnieliśmy podkreślić fakt, że masz już terapię za sobą!
A:
Tak. Wcześniej padło pytanie czy długo chodziłam na terapię. Zajęło mi to ponad rok. Z jednej strony to dość długo. Z drugiej – jeśli wezmę pod uwagę ile pracy musiałam w to włożyć, ile kwestii przećwiczyć, wypracować w sobie – zaskakująco krótko.
j-k:
chcesz powiedzieć, że teraz po terapii kochasz samą siebie?
A:
Hehe, no powiedzmy. Po prostu zaczęłam samą siebie inaczej traktować. Pamiętasz jak mówiłam, że porównywałam się z wszystkimi dookoła? Nigdy nie wychodziłam za dobrze na ich tle. Moi znajomi pokończyli dobre studia, część z nich była w stanie studiować po dwa kierunki jednocześnie, do tego jeszcze pracować. Dla mnie zakończenie semestru z dość kiepską średnią było wielkim wyzwaniem. Wszystko przychodziło mi z wielkim trudem. Ciągle siebie krytykowałam. Poniżałam wewnętrznie. Jedzenie kompulsywne było aktem masochizmu. Autoagresji. Stawiałam sobie wielkie wymagania. Jeśli jednak jakimś cudem udawało mi się przełamać i podejmowałam jakiekolwiek wyzwanie – było to okupione taki wielkim cierpieniem, że jadłam. W końcu nie wytrzymywałam napięcia i się poddawałam – wtedy jadłam, bo znów mi się coś nie udało. Jadłam także kiedy rezygnowałam już przed samym startem – bo czułam się słaba i beznadziejna. Jadłam bo bałam się, że coś mi się uda. Jadłam, bo bałam się, kolejnej porażki. Mogłabym tak w nieskończoność.. Generalnie wtedy wszystko wiązało się z jedzeniem. Ucieczką w nie. Nawet te dobre chwile. Jedzenie było jedyną formą ujścia moich emocji jakie znałam.
j-k:
czy teraz jesteś zupełnie zdrowa?
A:
To trudne pytanie. Zdrowsza niż przed terapią. To na pewno. Szczęśliwsza. Jednak mimo wielkiego sukcesu jakim była właśnie terapia – jedzenie nadal jest dla mnie grząskim tematem i obszarem. W dzisiejszych czasach zwyczajnie nie da się uniknąć stresu. Ja przez wiele lat znałam na stres tylko jedno lekarstwo. Sięganie po jedzenie stało się niemalże moim odruchem bezwarunkowym. Terapia pozwoliła mi poznać dokładnie ów mechanizm, przeanalizować go pod każdym kątem i wypracować inne, własne, zdrowsze metody „spuszczania z siebie powietrza”. Jednak jeśli coś przez wiele lat tak bardzo nas napiętnowało – jego echo pobrzmiewać będzie jeszcze przez długi czas. Przynajmniej takie są moje wnioski. Ataki są nadal – coraz rzadziej, ale jednak. Moim sukcesem jest to, że wypracowałam w sobie siłę na walkę z nimi. Większość bitew kończy się moim sukcesem. Jednak przyznaje, że od czasu terapii kilka razy nie dałam rady. Jednak i tutaj odniosłam sukces –– w jedzeniu kompulsywnym wyniszczające jest to, co następuje zaraz po akcie obżarstwa. W tej chwili nawet jeśli ulegnę i przejem się – pojawiają się zupełnie inne myśli niż te, które nawiedzały mnie w takiej sytuacji przed terapią. To wymagało ode mnie największego nakładu pracy. I to coś czego już mi nic i nikt nie odbierze. Naprawdę warto było..
j-k:
Czy dalej masz wsparcie w mamie?
A:
Nie bardzo. To znaczy niby mogę z nią otwarcie rozmawiać o tym problemie, ale znów wróciło jej przekonanie, że po prostu nie mam silnej woli i stąd wzięła się moja otyłość. Tak jakby okres terapii wymazała ze swojej pamięci. Nasiliła też się krytyka z jej strony. Ale i tutaj jest coś czym mogę się pochwalić dzięki terapii – nauczyłam się radzić sobie z krytyką. Owe zwycięstwa są dla mnie naprawdę wielkim powodem do domu. Aż wierzyć mi się nie chce, że dałam radę to w sobie wypracować. Byłam w naprawdę beznadziejnej sytuacji.. Dzięki temu wyrobiło się we mnie przekonanie, że skoro ja dałam radę – każdemu może się udać. Jednak zawsze będę podkreślać, że wyjście z piekła silnego uzależnienia od jedzenia, jest drogą przez mękę. Ale proszę mi wierzyć – naprawdę warto!

Przeczytaj więcej:

grow ultra 25 ml serum I ravestin czy kupie w aptece I artroser tabletki I moctivin tabletki

Dodaj komentarz